| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
CURRENT MOON
Hit Counter
Free Web Counter PustaMiska - akcja charytatywna Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
sobota, 25 maja 2013

Kingston Lacy jest jednym z moich ulubionych pałaców. Jeśli miałabym wybór, to chciałabym właśnie w nim zamieszkać. No oczywiście jakby się okazało, że jestem kosmicznie bogata i nie mogłabym się osiedlić w małym domku z widokiem na morze...

Jadąc do Kingston Lacy samochodem trzeba przejechać przez dość przeciętną bramę i długi podjazd, a potem zaparkować niedaleko rezydencji. Wchodzi się do budynku trochę od tyłu i na pierwszy rzut oka nie widać za dużo. Dopiero po zwiedzeniu wnętrza, wychodzi się do ogrodu i stamtąd rozpościera się widok na pałac.

Kingston Lacy zbudowano w II poł XVII wieku. Właściciele potrzebowali nowej siedziby po tym, jak ich poprzedni dom Corfe Castle został wysadzony w powietrze przez wojska Cromwella w czasie wojny domowej. Przypomnę tutaj, Corfe Castle to przepiękne ruiny zamku na wzgórzu, które są jednym z bardziej charakterystycznych miejsc w hrabstwie Dorset. Ciekawostką niech będzie fakt, iż obroną zamku w czasie wojny domowej dowodziła kobieta - Lady Bankes i pewnie udałoby się jej obronić siedzibę rodziny, gdyby nie zdrada pewnego oficera.

Rodzina zbudowała nowy dom w Kingston Lacy a jedynym łącznikiem nowego domu ze starym jest pęk kluczy z Corfe Castle, które są wystawione w jednym z salonów.

 

W XIX wieku potomkowie rodu Banks Henry i jego syn William znacznie rozszerzyli kolekcję dzieł sztuki w pałacu. Henry Banks był jednym z opiekunów Muzeum Brytyjskiego, gdzie oddał niektóre z eksponatów ze swojej licznej kolekcji. William, dzięki swoim podróżom na Bliski Wschód zdołał zebrać największą na świecie, prywatną kolekcję staroegipskich pamiątek.

Ród Banks mieszkał w Kingston Lacy do 1981 roku, czyli do śmierci ostatniego właściciela posiadłości - Henry'ego Banks. Zgodnie z jego wolą pałac wraz z 12 funkcjonującymi farmami i zamkiem Corfe Castle zostało przekazane narodowi i przeszło pod opiekę National Trust. Mogę sobie tylko wyobrazić starszego pana, który pewnie ze złamanym sercem podjął taką decyzję. W końcu sam spędził tam całe swoje życie. Widział wielkość i upadek Kingston Lacy. Upadek, ponieważ pod koniec życia starszy pan mieszkał tylko w kilku pomieszczeniach z całego pałacu, a piękny niegdyś ogród przypominał dżunglę.

Wielki szacunek należy się człowiekowi, który nie sprzedał swoich licznych dóbr, a oddał je National Trust. Dzięki temu uratował okoliczne farmy i lasy przed deweloperami, a pałac i ogród odzyskały dawną świetność.

A tak wnętrza prezentują się dzisiaj po odrestaurowaniu.

Biblioteka





 I kolejne salony i jadalnia:

 

 

Po obejrzeniu salonów, wchodzi się na piętro, gdzie można obejrzeć sypialnie, Muszę przyznać, że są piękne. Nie wiem, czemu ale właśnie oglądanie arystokratycznych sypialni cieszy mnie najbardziej. Pięknie haftowane kapy na łóżkach. Same łóżka jedne niebywale ciężkie, inne zaskakująco lekkie. Piękne ozdoby i obrazy. A mnie samą nieustannie nurtuje jedno pytanie: Ilu ludzi się urodziło, a ilu zmarło na tych łóżkach? Może dlatego to jest takie fascynujące, bo daje wgląd w prywatne życie...No cóż historia alkowy zawsze była moją ulubioną.

W sypialni poniżej bardzo spodobały mi się miniatury na ścianie. Sceny z mitologii przedstawione na czarnej tkaninie. Niestety nie udało mi się znaleźć, jak nazywa się ten styl.

 

 Kolejna sypialnia jest moją ulubioną, ponieważ jest jasna, przestronna i po prostu piękna...

I trzecia sypialnia tym razem z czerwonym baldachimem

Po zwiedzeniu sypialni jest jeszcze jedno piętro, gdzie znajduje się pokój dziecinny, nazwany "pokojem-namiotem".

I wreszcie na końcu trzeba koniecznie zobaczyć kolejną toaletę. Nie wspominałam o tym wcześniej, ale oczywiście przy każdej sypialni są łazienki datowane na koniec XIX wieku i początek XX.



Tagi: Dorset
13:32, viki_on_line , Pałace
Link Komentarze (4) »
czwartek, 09 maja 2013

Już kiedyś pisałam o tym, że niektóre reklamy zasługują na uwagę i czasami siedzę przykuta do telewizora, jakby to był najlepszy film, a to tylko minutowa reklama. Tak było dzisiaj, kiedy zobaczyłam nową reklamę "Pedigree".  Na początku myślałam, że jakaś fundacja zbiera pieniądze dla psów, ponieważ reklama "Pedigree" bardzo gra na emocjach. Na początku żal, smutek i złość przeszyły mnie na wylot, kiedy zobaczyłam zabiedzonego kundelka i jego okrutnego właściciela. Potem ulga, radość i przywrócona wiara w ludzi uskrzydliły mojego ducha. Po tym jak zabiedzony kundelek stał się radosnym pieskiem.

Tak wiem, to tylko reklama. Co więcej to jest reklama swego rodzaju psiego Mcdonalda. Jednak jestem im wdzęczna, iż po raz pierwszy nie zobaczyłam rasowych psów, biegających po polach z rozwianą sierścią, tylko PRAWDZIWE pieskie życie. Bo przecież "Pedigree" jest dla WSZYSTKICH psów.

 

 

czwartek, 11 kwietnia 2013

Pamiętam, że było wtedy ciepło, a księżyc tak pięknie świecił. Noc też może być piękna...

Tagi: Dorset
23:52, viki_on_line , Zapiski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 31 stycznia 2013

Chciałabym na początku tego wpisu, podziękować autorce bloga "Poriomaniacy na Wyspach" za nominację do Liebster Award. Tak jak poprzednio oszukuję trochę i nie odpowiadam na pytania.

Pada i pada i pada. Zalewa i zalewa. Ostatnio na Wyspach nie ma prawie wcale innej prognozy pogody, tylko opady deszczu. Ja nawet lubię deszcz, ale czasami, a nie cały czas. A tutaj wyjątkowe są dni, kiedy jest słońce. Ostatnio to ja się nawet cieszę, jak uda mi się złapać dwie słoneczne godziny w czasie dnia. Dzisiaj np. było bardzo ładnie, ale cóż z tego jak wiało. I znów, ja nawet lubię wiatr, ale jak siedzę w domu. Jak silnie wieje, to mam wrażenie, że zaraz się coś urwie i tym urwanym elementem oberwę w głowę. Zatem pada, wieje i oczywiście zalewa wyspy. Ja jestem w szoku, że po takich ilościach deszczu, jeszcze nas nie zalało totalnie.

O tym jak jest tutaj mokro świadczą tereny wokół rzek. Miejsca, gdzie powinna być łąka, znajdują się pod wodą. Co więcej drogi na niektórych odcinkach również są zalane. Na początku roku tak wyglądały tereny dookoła rzeki Stour w Dorset.

Jednak po miesiącach opadów deszczu, ponad dwa tygodnie temu zawitała tutaj zima. Jak to zawsze zima traktowana jest na wyspach, jak wielka kara, ale ja mam inne zdanie. To jest miła odmiana, po szarości.

Obudziłam się w piątek rano a tu biało. Śnieg sypie. Mróz był ledwie poniżej zera, ale i tak wrażenia piękne. Jeśli miałabym wymienić za czym tęsknie po wyjeździe z Polski, to śnieg i mróz byłyby zaraz po moich bliskich, przyjaciołach i psie. Mam taki sentyment do śniegu, że trudno to wyrazić w słowach. Po prostu pamiętam zimy w latach 80-tych. Pamiętam jak zamykano szkoły, ponieważ było za zimno. Pamiętam również, sanki, zjazdy na stojaka ze ślizgawek. Pamiętam, jak cholernie bolało jak się człowiek przewrócił na lodzie. Sople, mróz na szybach itd., itd.

Zatem tamtego dnia, kiedy spadł śnieg szybko poszliśmy na spacer. I ku mojemu zaskoczeniu w pobliskim parku, naszym oczom ukazały się widoki, jak z polskiego kalendarza "Pory Roku - Styczeń".

 

 Nie tylko my poczuliśmy wielką ochotę na spacer w śniegu. Tamtego dnia spotkaliśmy w parku wielu ludzi. Szkoły były zamknięte i automatycznie wielu dorosłych zrobiło sobie przerwę. Napadało tyle śniegu, że ciężko pchało się wózek.

 I znów przypomniały mi się czasy, jak moi rodzice zabierali mnie na sankach do sklepu, na spacer, jaka to była frajda.

Póki co w Dorset śnieg spadł i szybko stopniał. I oczywiście wszystko wróciło do normy. PADA.

 

 

 

Tagi: Dorset
00:32, viki_on_line , Zapiski
Link Komentarze (7) »
sobota, 24 listopada 2012

W październiku zrobiłam sobie sobotnią przerwę od macierzyństwa i wybrałam się z koleżanką na wycieczkę na klify. Pojechałyśmy na Old Harry Rocks. Miejsce piękne i w sumie to mogłabym tam zamieszkać, gdyby nie wiatr i wysokie ceny domów.

Wyjechałyśmy rano autobusem z Poole i ok 11 byłyśmy w Swanage. Objechałyśmy przy tym cały Pół. Purbecks. Widoki z autobusu były wspaniałe. Ja jednak korzystając z okazji, wolałam się w czasie tych 2 godzin jazdy dyskretnie przyglądać współpasażerom. Nie wiem co jest, ale obserwacja ludzi ciągle i od nowa sprawia mi przyjemność. Autobus był pełen emerytów. Emeryci mają bezpłatne przejazdy w Anglii, więc korzystają z darmowej komunikacji.  Jechałyśmy piętrowcem i jak zwykle nie przepuściłam okazji i umieściłam się na piętrze. Chyba nie tylko ja uwielbiam jeździć na górze, ponieważ prawie wszyscy siedzieliśmy na piętrze, a na dole zostało tylko kilka osób. Najlepsza miejscówka w takim piętrowym autobusie jest na samym przodzie, gdzie nikt nie zakłóca widoków. Jednak ja obserwator, a raczej wścibska kobieta, jak to mój mąż mówi, usiadłam po środku. Przede mną średnia wieku była ok 60 lat . W tym najstarszy pasażer na oko dobiegał 90-tki. To on  właśnie wprawił mnie w zdziwienie, gdy ledwie wdrapał się na górę, powodując przy tym zamieszanie wśród pasażerów, ponieważ wielu chciało mu pomóc. Wśród pomocników był podstarzały surfer i młoda dziewczyna w krótkiej spódniczce. Najpierw pomyślałam sobie, człowiek ledwie idzie i też chce na pięterko?! Potem jednak doszłam do wniosku, że w jego wieku też taka będę, bo to że ledwie się będę ruszała, to nie znaczy, że mam rezygnować z przyjemności. 

Widok na Swanage

W końcu dojechałyśmy do Swanage, nadmorskiej miejscowości, gdzie w IX wieku rozegrała się bitwa morska, w której król Alfred zdołał obronić się przed Duńczykami. Dzisiaj Swanage to nic innego jak turystyczne miasteczko położone nad malowniczą zatoką. Ze Swanage skierowałyśmy się prosto na Coast Path, która miała nas doprowadzić do Old Harry Rocks. Szłyśmy pod górę ok 45 minut. Nie jest to długo, ale wystarczająco, aby nieprzyzwyczajony organizm się zadyszał. Dość powiedzieć, że w połowie drogi rozłożyłyśmy kocyk i ległyśmy napawając się morskimi widokami, jedząc kanapki i pijąc herbatę. Jednak pażdziernikowa pogoda dała znać o sobie i szybko musiałaśmy się zwijać, bo nagle pojawił się deszcz.

 

Dalej szłyśmy już zakapturzone. Raz po raz zerkając na niebo, czy wiatr nie przegonił ciemnej chmury. W końcu dotarłyśmy do białych klifów Old Harry Rocks, które nawet przy deszczu pięknie oddzielały się od wody. Postałyśmy, poprosiłyśmy kogoś o zrobienie zdjęcia i powoli skierowałyśmy się w dół do Studland do autobusu. Po drodze miałyśmy jeszcze w planie napić się piwa w "The Bankes Arms" ,jednym z najlepszych pubów w okolicach. 

I już schodziłyśmy, kiedy nieoczekiwanie się odwróciłam i wtedy JĄ zobaczyłam. Piękną TĘCZĘ, która nieoczekiwanie wystrzeliła z jednego miejsca do drugiego. Była też druga tęcza, jakby jaśniejsza, ale nie mniej kolorowa. Obydwie przypominały, jak pięknie i bajecznie może być na świecie.

W końcu dotarłyśmy do Studland, gdzie była w planach degustacja miejscowego piwa. Nie będę ukrywała, że ta część podróży wspaniale wieńczyła kilkugodzinny marsz. Zatem kupiłyśmy piwa i usiadłyśmy, gadając o dyrdymałach, a ja przy okazji obserwując innych klientów pubu. A byli wśród nich właściciele psów, spacerowicze bez psów, rodzice z dziećmi i dwie grupy, które szczególnie zwracały na siebie uwagę. Pierwsza to byli na oko studenci, którzy ubrani w swetry z wełny i z dredami na głowie wprowdzali do pubu artystyczny nieład. A drudzy wysocy, przystojni młodzieńcy w eleganckich garniturach z kamizelkami wyglądali, jakby zrobili sobie przerwę od bardzo eksluzywnego przyjęcia weselnego. 

I tak obserwując ludzi i rozmawiając dopiłyśmy piwa i trzeba było zbierać się na autobus. Tym razem miałyśmy jechać promem, skracając sobie podróż do jednej godziny. Ku mojemu szczęściu podjechał autobus nie tylko piętrowy, ale również bez dachu na górze. Nie ważne, że wiało i czasami padało, najważniejsze, że usiadłyśmy na górze. I znów nie tylko my tak myślałyśmy, ponieważ piętro było całe zajęte. Tylko pasażerowie trochę młodsi niż w pierwszym autobusie. Tutaj średnia wieku mogła być ok 40-tki. Przed nami siedziały dwie kobiety, które całą drogę wymieniały się różnymi opowieściami o ludziach, których znały. Nieco z przodu po prawej stronie jedna pani niemal zaczęła tańczyć do muzyki z iphona. Po lewej siedział wnuczek z babcią, któremu ewidentnie było zimno, ale jakoś dawał radę w imię radości siedzenia na górze, z wiatrem we włosach i z widokami.

I tak jak ów wnuczek również my trzęsłyśmy się z zimna, ale radocha była zbyt wielka aby iść na dół. Dość powiedzieć, że wysiadłyśmy z autobusu przewiane na wylot. W czasie kiedy czekałyśmy na autobus, zaczął padać grad. Zwykły grad, który spowodował, że jeden z czekających na przystanku, wstał wystawił rękę i powiedział " Jestem z Bliskiego Wschodu. To jest pierwszy grad, który widzę w życiu!". 

 

I tak na zakończenie, z ręką na sercu polecam tę trasę!!!

 F-Poole; B-Swanage (z F do B objazd autobusem);C-Old Harry Rocks; D-Studland (z B do D piesza wycieczka); E-Sandbanks (z D do F przejazd autobusem i przeprawa promem)

A na zakończenie Rolling Stones

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26